środa, 3 lutego 2016

012 | Complicated


- Wrócimy późno. Odróbcie lekcje i nie idźcie zbyt późno spać - powiedziała mama, wręczając mi do ręki banknot. - W dalszym ciągu masz szlaban, Lily. 
- Wiem mamo, będę grzeczna - zaśmiałam się. - Idę, bo się spóźnię.
- Miłego dnia, kochanie - pomachała mi na pożegnanie i odjechała spod ogromnego budynku naszej szkoły.
Pewnym krokiem ruszyłam do drzwi wejściowych wiedząc, że Sophie już na mnie czeka oraz, że dzisiejszy dzień będzie bardzo ciężki. Jest poniedziałek, a na pierwszej lekcji mamy sprawdzian z matematyki. Gorzej chyba być nie mogło.
Gdy byłam już w środku, starałam się jak najprędzej dotrzeć do szafki, by zrzucić z siebie zimowy płaszcz. Kocham tę porę roku, ale czapka, szalik i wreszcie gruby płaszcz; nie są najwygodniejsze. 
- No wreszcie jesteś - przewróciła oczami przyjaciółka.
- Też się cieszę, że Cię widzę, Sophie! - posłałam jej buziaka, a ona tylko się zaśmiała. Jej wzrok nagle powędrował za mnie.
- Widzę, że wpadłaś w oko Reusowi - szepnęła, nie pozwalając mi się teraz odwracać. - Ewidentnie rozmawia o tobie z chłopakami.
Zamknęłam gwałtownie drzwi metalowej szafki, zgarniając wcześniej najpotrzebniejsze książki. Następnie pospieszyłam szatynkę i razem ruszyłyśmy w stronę klasy.
- Jak z Marcelem? - starałam się zmienić temat i wyrzucić sobie z głowy perfekcyjną twarz blondyna.
- Pokłóciliśmy się trochę - westchnęła Sophie, widząc moje niedowierzanie. - No co? On uważa, że nie mogę mieć żadnego innego kolegi. To trochę denerwujące.
- Denerwujące? - uniosłam brew. - Wręcz przeciwnie! To świetnie, bo wszystko wskazuje na to, że Fornell jest o ciebie zazdrosny.
- Mnie to przeszkadza - pokręciła przecząco głową. - A ty dlaczego nie umówisz się z Marco? Przecież to ideał.
- Właśnie o to chodzi, Sophie. Nie pasujemy do siebie - oznajmiłam. - Jestem nie w jego typie, a do tego młodsza. Poza tym, nie jest to chłopak dla mnie. Koniec tematu.
Nim się obejrzałyśmy, weszłyśmy do klasy, w której siedział już nasz nauczyciel matematyki z miną, która mówi: "Nie uczcie się już, bo i tak nic Wam to nie da". Po chwili rozdał nam kartki z zadaniami i szczerze mówiąc, nie wiem kiedy czas na napisanie testu dobiegł końca. Wychodząc z klasy wpatrywaliśmy się w siebie oniemieni. Już dokładnie wiemy, kto jakie stopnie otrzyma.

***

Od półtorej godziny czekałam na rodziców jak na szpilkach, by w końcu przekazać im wspaniałą nowinę. Odrobiłam całą pracę domową z tygodniowym wyprzedzeniem, żeby nie mieli szansy, ani tym bardziej powodu na odmowę. 
- Coś ty taka ucieszona? - odrzekł Brooklyn, rzucając się na kanapę w salonie. - Stało się coś?
- Jeszcze nie, ale... - zaczęłam, ale w tym samym czasie 
usłyszałam dzwoniący telefon. Była to Sophie. Od razu odebrałam i ponownie się przywitałyśmy.
- Lily, nie uwierzysz co się stało.. Emily jest w szpitalu!
- Co?! Jak to? Co się stało? - odparłam przerażona. Nie mogłam w to uwierzyć.
- Na razie wiem tylko tyle, że ktoś ją napadł - powiedziała. - Marcel i jego koledzy ją znaleźli. Przyjedziesz?
- Oczywiście - wypaliłam bez chwili zastanowienia. - W którym szpitalu leży?
- Mount Sinai. Czekamy na Ciebie - w głosie Sophie słychać było poddenerwowanie. Owszem, kontakty obu dziewczyn ostatnio nie były najlepsze, ale widać było, że nadal bardzo im na sobie zależy. 
- Będę jak najszybciej! - zakończyłam połączenie i czym prędzej wybiegłam z domu, tłumacząc bratu, by rodzice do mnie zadzwonili, gdy już wrócą do domu.

Jadąc autobusem droga strasznie mi się dłużyła. Od mojego domu do Central Parku nie jest tak daleko, a tym razem zdawało mi się, jakby minęła dosłownie wieczność. Kiedy w końcu dotarłam na miejsce, westchnęłam głośno, bo tak naprawdę nie wiedziałam, w jakim stanie jest dziewczyna. Czy odzyskała przytomność, czy jest bardzo poturbowana, a w końcu, kto ją tak urządził.
Wchodząc do szpitala, w oczy od razu rzucił mi się niesamowity gwar. Podeszłam do recepcji i ujrzałam kobietę w starszym wieku. Wydawała się być miłą osobą.
- Dzień dobry - rzekłam do niej, a ona podniosła głowę i zwróciła na mnie uwagę. - Przywieziono tutaj moją przyjaciół. Mogłaby mi pani powiedzieć gdzie leży?
Nazwisko?
- Emily Anderson.
- Jest na piątym piętrze, pokój 57. 
- Dziękuję bardzo - powiedziałam i dosłownie pobiegłam w stronę windy. Wybrałam numer piętra, na które chce dojechać i po chwili, drzwi windy otworzyły się ponownie.
Minęłam duże, szklane drzwi i od razu, w oddali dostrzegłam Sophie, rodziców Emily i Marcela, któremu jak zawsze towarzyszyli najlepsi przyjaciele. Gdy tylko byłam coraz bliżej nich, oczy wszystkich skierowały się w moją stronę. Atmosfera była bardzo kiepska. Nikt nic nie mówił, ani nie podnosił wzroku z podłogi.
Dzień dobry, co z Emily- zapytałam panią Amandę, która doskonale mnie pamiętała. 
- Jest operowana, Lily. Nie jest z nią najlepiej - oznajmiła kobieta drżącym głosem. 
Te słowa zdecydowanie mi wystarczyły. Popatrzyłam na Sophie, która również bardzo to wszystko przeżywała. Usiadłam koło niej i dopiero wtedy odwróciłam się stronę chłopaków.
Był Marcel, Jai, Mario i.. Marco. Pozostali przywitali się ze mną, na co ostatni nawet nie spojrzał w moim kierunku. Czułam się z tym źle, ale obiecałam sobie, że teraz nie będę nic z tym robić. Najważniejsza jesEmily i jej zdrowie.
*
Po upływie ponad godziny operacja dobiegła końca, blondynka została przewieziona do sali i podpięta do całej aparatury. Jej rodzice zostali wezwani do gabinetu ordynatora, a my zostaliśmy na korytarzu.
Jak to się stało- zapytałam teraz, nie chcąc męczyć państwa Anderson.
- Ktoś ją napadł - odpowiedziała Sophie, wpatrując się w Marcela. 
To on?! - podniosłam głos, wskazując palcem w stronę chłopaka.
- Oszalałaś?! - dołączył Fornell. - Ja po prostu ją znalazłem. A właściwie my - kiwnął głową w kierunku chłopaków.
- Cholera, ja w to nie wierzę - wstałam, bo to ciągłe czekanie mnie powoli dobijało. - Kto to mógł zrobić? 
- My też nie mamy pojęcia - przytuliła mnie przyjaciółka. - W swoim czasie na pewno wszystko się wyjaśni. 
- Miejmy nadzieję - uśmiechnęłam się blado.
Kątem oka zauważyłam, że rodzice Emily wychodzą z gabinetu, ale nie są w najlepszym stanie. Mama wyraźnie płakała, a tata próbował zachować zimną krew, żeby nie pozwolić swoim emocjom zawładnąć nad sobą.
Nikt nie chciał o nic pytać, bo dla nas wszystkich, a szczególnie dla mnie i Sophie była to trudna sytuacja. Chłopaki znali Emily tyle o ile, bardziej z naszych opowiadań. Nawet nie chciałam myśleć, co takiego mogło się stać. Wokół moich myśli krążyły różne scenariusze, ale niestety przeważały te gorsze. Razem z brunetką popatrzyłyśmy po sobie i wypadło na mnie.
- Przepraszam, wszystko w porządku? - spytałam niepewnie, a nogi trzęsły mi się coraz mocniej.
- Emily była w ciąży - odparła mama, wybuchając coraz większym płaczem. 
Powoli analizowałam sobie słowa wypowiedziane przez panią Amandę, ale nic do mnie nie docierało. Nagle jakby wszystko się zatrzymało, a nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Usłyszałam jeszcze krzyk Marco i Sophie, a potem była już tylko ciemność. 



________________________________



Witajcie.
Mam nadzieję, że nie zapomnieliście o tym opowiadaniu, chociaż mieliście ku temu powody. Ostatni rozdział opublikowałam trzeciego grudnia, a pod nim zamieściłam informację, że już wszystko dobrze, wena, czas i przede wszystkim radość z pisania wróciły. A rozdziału jak nie było, tak nie ma. Na asku najpierw były pytania o datę, potem zostałam zmieszana z błotem, bo dawno nic się nie pojawiło. Na ogół nie przejmuję się takimi rzeczami, bo pisanie ma mi sprawiać radość, w końcu po to to robię. Jak mam jakiś problem, to po prostu włączam edytor tekstu i tworzę, ale tym razem nie miałam na to siły.

Kilka dni po dodaniu rozdziału jedenastego, zmarła najważniejsza osoba w moim życiu. Nie czuję potrzeby wspominania o tym, co działo i dzieję się teraz ze mną, bo to jest jeszcze bardzo świeże i tak naprawdę wszystko jeszcze do mnie nie dociera. Myślę, że każdy z Was, Czytelników, ma taką osobę, bez której nie wyobraża sobie życia. Doceniajcie to, że najbliżsi zawsze przy Was są. Możecie się z nimi śmiać, ale i płakać. Macie świadomość, że jesteście przy nich najszczęśliwsi, więc dziękujcie im za to wszystko, bo czasami może być na to za późno. Ja już niestety nie mam takiej możliwości.
 Chcę, żebyście dobrze mnie zrozumieli. Nie piszę tego po to, byście mi współczuli, czy coś podobnego. Po prostu uważam, że jesteśmy rodziną i należy Wam się wytłumaczenie.

Jeżeli chodzi o moją działalność na bloggerze, to chcę Was poinformować, że zostaję. To opowiadanie wkracza w ostatnią fazę i na pewno nie będzie miało kontynuacji. Do końca zostało bardzo niewiele. Na drugim blogu rozdział pojawi się w sobotę, więc zapraszam.

Ściskam mocno,

Ola


2 komentarze:

  1. Bardzo Ci współczuję. Wróć do nas jak będziesz gotowa. Trzymaj się.

    OdpowiedzUsuń
  2. Czekałam na ten rozdział odkąd wrzuciłaś go po raz pierwszy (przynajmniej tak mi się wyświetliło w pulpicie nawigacyjnym), ale skoro go usunęłaś, to pewnie nie był gotowy... No cóż. Teraz jest :)
    Chciałabym się odnieść jakoś do jego treści, ale po tym, co napisałaś w notce, nie wiem, czy wypada... Powiem tylko tyle, że moim zdaniem, Marcel, Marco i reszta chyba nie mają czystego sumienia...
    Nie wiem, co mam jeszcze napisać. Wyobrażam sobie, jak się czujesz, wiem, co czujesz, ale musisz być silna. Ta bliska osoba na pewno nad Tobą czuwa.
    Wytrwałości i spokoju, nie poddawaj się, jesteśmy z Tobą ♡

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy